Dni przelatują jak śmieci gnane tutejszym wiatrem, lub, jak kto woli, chmury.
Jedziemy Nørrebrogade, przez most, mijamy Norreport i już jesteśmy pod kościołem Naszej Panny, którego kolumnada, zamiast przygniatać wiernego marmurem, rozwesela kolorowym suknem, zmieniającym poważny prostyl w falliczny, tęczowy szereg. W Kopenhadze szaleje festiwal Outgames, masowa impreza w której sport, występy, przedstawienia i warsztaty mają wspólny homo-mianownik. Pod hasłem Freedom to love geje, lesbijki, biseksualiści, transwestyci, transseksualiści i dendrofile zmagają się w najróżniejszych wodnych i lądowych dyscyplinach sportowych, bawią się na koncertach i często jednopłciowych imprezach zamkniętych.
Świerczyńsko wpierw wykrzyknęła: w dupach im się poprzewracało od tej swobody. Jednak niedługo potem poczuła girl power, za sprawą występu trupy Yana Alana and tha Paranas.
Kiedy tu przyjechaliśmy mieliśmy takie oto wrażenie: tu nie ma gejów!? Faceci dobrze ubrani i wysportowani, jednak brak indywiduów walących po oczach swoją orientacją, jak u nas na Chmielnej czy Krakowskim Przedmieściu.
Wygląda jednak na to, że par męsko-męskich i damsko-damskich jest naprawdę dużo, choć zwykle wtopionych w tło miasta. Tradycja homoseksualnych małżeństw ma w Danii już 20 lat, i to widać: ogromna część uczestników "OutGayms" to ludzie w wieku 40-50 lat. Lesbijki nie przestają mnie dziwić; o ile lwia część gejów może pochwalić się doskonale wypielęgnowanym i wysportowanym ciałem, lesbijki wyglądają na zaniedbane, zmężniałe i walczące z nadwagą. Sposób na to, żeby podobać się swoim?
Dziś z postśniadaniowej stagnacji wywołanej kacem wyrwał nas jazgot pełen bębnów i gwizdków. Nørrebrogade przechodziła parada: kolumna ciężarówek i tłum kolorowych ludzi.
Na paradzie pojawili się obok uczestników Outgames przedstawiciele partii politycznych i firm (np. goście w koszulkach z tęczowym logo IBM). Pochód zakończył się w centrum miasta, gdzie do wieczora trwała wielka impreza zakończona fajerwerkami. Żeby nie było, że tylko u nas z homoseksualizmem walczy młodzież wszechpolska, tutaj też miały miejsce pojedyńcze przypadki hate crimes.
Udało mi się znaleźć pracę jako klepacz kodu, gdzieś na 3 tygodnie, ale może się to rozwinąć na dalszą współpracę. To dobra wiadomość.
Natomiast bardzo przykro jest nam słyszeć, że nasi przyjaciele w Mongolii przymierajągłodem, jedząc grudki zeschniętego, sfermentowanego mleka, gdy tymczasem my nawet nie przebieramy w pomysłach na kolejne biesiady, żeby tylko brzuch to wytrzymał! Nie mogę też nie wspomnieć o niesamowitym odkryciu biesiadnym, jakim jest osoba Pio-Pia: tego człowieka bez najmniejszych wątpliwości zaliczam do pierwszego sortu wyjadaczy biesiadnych, na równi z tymi, którzy towarzyszyli nam od samego początku. Aż dziw, że tak długo stał w cieniu, i dopiero teraz jego talent ujrzał światło dzienne.
Bilans dnia. Wciąż jesteśmy na bezrobociu. Zajebali mi rower. Mamy tu rozkminę, czy to jakieś porachunki z lokalnym gangiem kebabów, czy po prostu ktoś z milionów rowerów w tym mieście wybrał akurat przecięcie mojego łańcucha, chroniącego mojego złoma. Na dodatek Marysia znalazła nóżkę od roweru odciętą w koszyku. Brr. Może ktoś się oparł i odłamała się, to wrzucił, może... Może to jednak afryka, albo chiny, albo rodacy, może...
W każdym razie, oprócz mistrzowskich biesiad z Pio-Piem, zbieramy w tym mieście cięgi. :P
Ostatecznie udało mi się znaleźć pośpiesznie nowy rower. Zamiast Amsterdama jest kolażówka z turbo kołem, czyli tylnym kółkiem przekręconym z jakiegoś przerdzewiałego grata.
Byliśmy dziś na Christianii, i rzeczywiście wszyscy tam są najarani. Młodzież wychowana w dobrobycie potrzebuje dreszczyku życia lumpenploretariatu.
Jutro mam rozmowę biznesową o 9tej rano, biznesowe śniadanie, mam nadzieję że mój interlokutor stawia, albo, że się zwróci :P
No ty tyle. Słuchamy Kazika, kraje południowe takie jak Polska i Liban rządzą -- tak żeśmy się dogadali z Abdelem z dołu.
Codziennymi trasami przecinamy Kopenhagę, znamy jej przekroje: przekrój kawiarniany, przekrój rowerowo-złomowy, itp. Nie zagłębiliśmy się jeszcze w to miasto, rozpięliśmy dopiero stelaż mostów, płotów, róż przy odrzwiach kamienic.
Jeździmy rowerami po mieście. Wszyscy jeżdżą po wszędobylskich ścieżkach. Rowery zabraliśmy z ulicy - po dopieszczeniu tych sflaczałych i nadgryzionych rdzą gratów nie ma się co wstydzić. One man's trash is another man's treasure, głosi graffiti z wysokiej ściany stojącej przy Nørrebrogade kamienicy.
Ulica ta biegnie wzdłuż cmentarza, gdzie sztywny leży Søren Kierkegaard, i pełna jest kolorowych, głównie muzułmanów - z tego co mi wiadomo - w większości z Afganistanu i okolic. Część kobiet w chustach, część nie, starczy, że każdy warzywniak w tym mieście czy kiosk jest prowadzony przez ``Abdela''. We cook your meals, we haul your trash, we connect your calls, wedrive your ambulances. We guard you while you sleep. Między nimi jednak śmigają blond panienki i panowie, one - mało wyraziste, smukłe, lecz nie kształtne, w powłóczystych beżach, bielach, czerniach. Bez akcentu, bez smaku. Oni - bardzo przystojni. Duńczycy są serdeczni, pogodni, dobrze mówią po angielsku. Życie płynie spokojnie, ma się wrażenie, że codzień jest tu sobota. Życie jest tu dobre. Pogoda jak nad bałtykiem - słońce, wiatr, chmury, czasem deszcz. Nawet w urzędach - pusto, żadnych okienek, tylko otwarte przestrzenie, kolorowe ściany i meble, oraz automat z kawą i herbatą. Nie ma wrzasków ni kłótni, a uśmiechnięci urzędnicy kręcą się wokół szukając petentów, którym mogliby pomóc...
My natomiast pytamy o pracę. Trochę osobiście, trochę przez internet. Ja bym chciał zrobić jakiś użytek z mojego dyplomu, w końcu to moja krwawica. Coś tam mamy już nagrane, jednak to jeszcze nic pewnego, więc szukamy dalej, ulica po ilicy.
Nie jesteśmy jednak tak szybcy jak ci chińczycy, co zbierają puszki i butelki na kaucję, są naprawdę dobrzy. Przemykają się zaułkami i parkami, gdzie młodzi, piękni i bogaci bawią się, bawią, bawią.
A my nie jesteśmy gorsi i biesiadujemy, biesiadujemy, biesiadujemy, bo mamy taki interes z lokalnym Abdelem, że bierzemy to, czego oni nie chcą już sprzedawać. To niesamowite, i le dobrego jedzenia się marnuje. Warzyw i owoców mamy wbród - dżemy robimy i sosy, chleb będziemy piec.
Nastrój nasz czasem trochę stłamszony, jak te arabskie dary; czasem jędrni a czasem, jak pomidory poobijani i zmiękli, lub nawet jak te owoce o twardszych skórkach -- zaczynamy gnić i schnąć w środku. I tak sobie tu żyjemy, raz weseli bardziej raz mniej, jak zawsze na wyprawie - góra, dołek, dołek, góra.
Myślę sobie jednak, że już zaraz się wszystko ustatkuje, i wtedy będzie praca i balanga, balanga i praca :-)